Odporność jest bardzo ważna – szczepić czy nie?

Moja MokateSzczepienia i podnoszenie odporności – zagadnienia ze sobą związane w pewnym stopniu, ale często bagatelizowane przez lekarzy weterynarii – do szczepień podchodzą rutynowo bez należytej staranności, a znaczenie podnoszenia odporności umniejszają. Oczywiście nie wszyscy – na szczęście są wyjątki.

Dzisiaj będzie o tym, czy, kiedy i jak szczepić oraz o budowaniu odporności kota tak, aby miał szanse sam poradzić sobie z chorobą, bo kot to nie tylko piękne zwierzę, ale wyposażone przez naturę w potężne mechanizmy walki z chorobami. W naturze (nie mylić z życiem jako bezdomny pomiędzy domami ludzi) koty potrafią sobie doskonale radzić, ale też nauczone są doskonale maskować wszystkie objawy chorób do czasu, gdy stan jest tak poważny, że zaczynają po sobie pokazywać, że coś jest nie tak.

 

Szczepienia

Ta piękna kotka u góry, to Mokate – kot, który przypłacił przedwczesnym odejściem za Tęczowy Most moje nadmierne zaufanie do weterynarzy i zbyt małe przyłożenie się do nauki o kotach. Moje pogłębianie wiedzy i dzielenie się z innym jest poświęcone właśnie jej – żeby nikt (ani kot, ani człowiek) nie musiał przechodzić przez to, co nas spotkało. Nie będę opisywać szczegółów – nawet nie jestem w stanie… może kiedyś, gdy będę umiała wejść do lecznicy, gdzie ją „leczono” bez chęci obicia gęby specjaliście od koni i specjaliście od zwierząt egzotycznych (w swojej niewiedzy myślałam, że każdy weterynarz zna się na leczeniu kotów, bo przecież jakby się nie znał, to odesłał by mnie do innego znającego się – jakaż to była naiwność!).

Mokate w schroniskuCzęsto pojawia się pytanie, jak często i kiedy szczepić koty. Jedni weterynarze mówią „co roku”, inni „co trzy lata”; oczywiście każdy powie, że szczepi się koty zdrowe – jak to się ma do realiów? Na zdjęciu po prawej jest Mokate jeszcze w schroniskowej klatce – tu jeszcze z łapką, którą jej niedługo później amputowano (była bezwładna). Gdy do mnie dotarła, poszłam do lecznicy (najbliższej) zrobić podstawowe badania – test płytkowy pokazał obecność FeLV we krwi (wirus kociej białaczki – nieuleczalna choroba i o dużej śmiertelności). Miesiąc później został potwierdzony testem specjalistycznym w laboratorium (dopiero dwa wyniki pozytywne lub dwa negatywne pod rząd w odstępie 30-90 dni są wiarygodne). Pamiętam jak dzisiaj, gdy słyszałam wyrok – nogi mi się zgięły, ale weterynarz pocieszała, że często koty lata z „tym” żyją przy dobrej opiece, co mnie minimalnie uspokoiło. Zapytałam tylko, czy nie trzeba by w takim razie podać czegoś na odporność (intuicja mi to podpowiadała wtedy), ale usłyszałam, że „nie ma takiej potrzeby”.

Mokate, która się bawiGdy postawiłam ją trochę na nogi (domek i dobre jedzenie plus odpchlenie i odrobaczenie czynią cuda) i z kota ze zdjęcia powyżej przemieniła się w radosnego kociaka (nie miała nawet roku), zmieniła się w pięknego kota widocznego po lewej, który szalał, jadł (oczywiście BARF, bo karm nie tyle nawet wtedy jeszcze nie chciałam dać, co kotek „zgarnięty z ulicy” do schronu nie chciał ich po prostu jeść, a mięso z odpowiednimi dodatkami zjadał chętnie) i się bawił, nadszedł czas, aby ją zaszczepić. Już wcześniej weterynarz mówiła, że jak jej stan się poprawi i ogólnie będzie zdrowa, to trzeba by ją zaszczepić – wtedy jeszcze dodała, że jak drugi test wyjdzie negatywny, to wtedy szczepionką także przeciw FeLV (zapytałam, po co, skoro to kot niewychodzący i jedyny w domu – odpowiedź była „e… no tak” – niestety nie dało mi to wystarczająco do myślenia, że może jednak to nie jest wystarczająco dobry fachowiec do prowadzenia kota białaczkowego).

Nadszedł dzień szczepienia – dostała taką najlepszą (i odpowiednio drogą), którą cyt. „daje się głównie kotom wystawowym” z wirusami atenuowanymi (żywe, tylko pozbawione – przynajmniej teoretycznie – możliwości rozmnażania). Kilka dni później Mokate zaczęła się sypać – apetyt spadał, stawała się apatyczna, ale usłyszałam, że do dwóch tygodni po szczepieniu to możliwe. Niestety, później było tylko gorzej – po miesiącu była w stanie bliskim agonalnemu, a płyn zaczął powoli przedostawać się do płuc… pozostał wybór: eutanazja czy kilkanaście godzin konania w bólu w ciągu najbliższych kilku dni. Wtedy pomyślałam, że to może zbieg okoliczności i zaczęłam dużo czytać – znalazłam wiele przypadków, gdzie kota „białaczkowego” zaszczepiono dobrą szczepionką i niedługo później opuścił ten świat. Gdy temat drążyłam dalej, znalazłam w końcu Program szczepień kotów wg. WSAVA (Światowe Stowarzyszenie Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt) – tutaj tylko fragment, ale zachęcam do lektury całości (podana tam jest tabela z częstotliwością i zasadami szczepień przeciwko różnym typom wirusów; strona jest prowadzona przez specjalistów związanych z kotami – w tym lek.wet. Rafała Niziołka, specjalistę chorób krążenia i układu oddechowego – pełna lista: tutaj) i zachęcania do lektury także weterynarzy, co do których podejrzewacie, że mogą o tym nie wiedzieć:

Specjaliści z zespołu Światowego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt kierują uwagę szczególnie na dwie kwestie: szczepienie każdego zwierzęcia w populacji, za to z mniejszą częstotliwością, czyli zerwanie z tradycją corocznego ich doszczepiania. Do grupy szczepień zasadniczych u kotów należą szczepienia przeciwko wirusowi panleukopenii kotów (FPV) oraz kaliciwirusowi kotów (FCV) i herpeswirusowi kotów (FHV-1), które nie są jednak tak skuteczne jak przeciw panleukopenii.
Chociaż szczepionki przeciwko kaliciwirusowi kotów opracowano tak, aby zapewniały krzyżową odporność przeciw ciężkim zachorowaniom, istnienie wielu szczepów tego zarazka sprawia, że nawet u zaszczepionego zwierzęcia może dojść do zakażenia i łagodnie przebiegającej choroby. W przypadku herpeswirusa kotów należy pamiętać, że żadna ze szczepionek nie chroni przed infekcją zjadliwym wirusem, którego konsekwencją jest zakażenie latentne mogące ulegać reaktywacji w wyniku zadziałania silnego stresora. Wtedy u kota szczepionego mogą pojawić się objawy kliniczne lub może on wydalać zarazek i zarazić inne zwierzęta.
[…]
Wszystkie kocięta powinny zostać objęte szczepieniami zasadniczymi przynajmniej trzykrotnie – pierwszy raz w wieku 8 – 9 tygodni, drugi 3 – 4 tygodnie później, a trzeci raz w wieku co najmniej 14-16 tygodni. Koty, które zareagują na żywe, atenuowane szczepionki będą odporne przez wiele lat bez konieczności stosowania dawek przypominających. Wszystkie zwierzęta powinny otrzymać przypominającą dawkę szczepionki 12 miesięcy po ukończeniu cyklu szczepień kocięcia (zapewni to odporność tym osobnikom, które nie zareagowały właściwie na tamte szczepienia). Kolejne dawki podawane są w odstępach co najmniej 3 letnich, chyba że w grę wchodzą specjalne okoliczności [np. przebywanie w hotelach dla kotów, w domach z większą liczbą kotów lub udział w wystawach]. U dorosłych kotów o nieznanej historii immunoprofilaktyki powinno się wykonać raz szczepienie zasadnicze żywymi atenuowanymi zarazkami i powtórzyć je po roku. Koty, które zareagowały właściwie na szczepienie zasadnicze żywymi atenuowanymi zarazkami mają trwałą odporność (pamięć immunologiczną) przez wiele lat, pomimo braku szczepień przypominających. Należy podkreślić, że zasada ta nie odnosi się ani do szczepień zasadniczych inaktywowanymi zarazkami ani do szczepień dodatkowych, w szczególności do zawierających antygeny bakteryjne.
[…]
Wirus panleukopeni (FPV). Atenuowanych szczepionek nie należy stosować w ciąży oraz u kotów zakażonych FeLV i FIV. Szczepionki inaktywowane wydają się być bardziej wskazane w populacjach, w których panleukopenia nie występuje, ponieważ nie wiążą się z ryzykiem krążenia zarazka wśród zwierząt lub odzyskania przez niego zjadliwości. Szczepionki donosowe nie są wystarczająco skuteczne przy dużym narażeniu na zakażenie, gdzie do kontaktu z zarazkiem może dojść zaraz po zaszczepieniu.

 

Mokate (FeLV+) otrzymała szczepionkę z wirusami atenuowanymi (żywymi), co w świetle powyższego chyba nie wymaga dodatkowego komentarza. W weterynarii – jak w każdej innej branży – sam dyplom i „dobre gadane” nie czyni fachowca. Sami wiecie jak ciężko jest o dobrego mechanika itp. – tylko, że samochód zwykle dobry fachowiec (za odpowiednią opłatą) po partaczu naprawi, ale nawet najlepszy weterynarz często już nie może pomóc kotu, którego inny doprowadził do stanu krytycznego.

Jeszcze jedna ważna rzecz: szczepi się koty zdrowe (nie chodzi tu o nie szczepienie kotów z chorobami nerek itp., ale nie szczepienie kotów z trwającą infekcją). Ponieważ koty dobrze maskują objawy, źle jest je szczepić po stwierdzeniu stanu zdrowia „na oko” – minimum to osłuchanie i wykonanie morfologii krwi (aczkolwiek zachęcam jeszcze do testu na FeLV – nie daje 100% pewności, bo oprócz błędu testu dochodzi fakt, że wirus może być tylko w szpiku bez obecności we krwi, ale zwiększa szanse kota na przeżycie szczepienia). Osobiście uważam, że szczepienia jako takie nie są złe, ale pod warunkiem, że są stosowane odpowiednio do sytuacji i stanu zdrowia kota – według faktycznego zagrożenia, a nie na wyrost. I obawiam się, że nadmierna śmiertelność kotów na skutek szczepień to w dużej mierze efekt ignorancji weterynarzy.

Każde szczepienie może się zakończyć powikłaniami stanu zdrowia (do śmierci włącznie; wśród powikłań nie zabijających od razu, ale groźnych, jest m.in. mięsak poszczepienny), ale panleukopenia zwykle bardzo szybko zabija, a herpes niszczy kocie oczy. O ile calici kot zaraża się przez kontakt bezpośredni z innym kotem i zwykle po wyzdrowieniu po roku przestaje być nosicielem wirusa, o tyle w przypadku herpesa nosicielem jest całe życie i może zarazić się drogą kropelkową (z powietrza); panleukopenia (koci tyfus) to sprawa najpoważniejsza, bo bez pomocy kot umiera ciężką śmiercią w ciągu kilku dni od zakażenia, a w przeciwieństwie do poprzednich wirusów wrażliwych na ciepłą wodę z mydłem (czyt. zwykłe mycie rąk np. po przyjściu ze sklepu, gdzie np. dotykaliśmy wózka dotykanego wcześniej przez innego posiadacza kota – wystarczy), to wirus wywołujący panleukopenię jest bardzo oporny na temperaturę i chemikalia – nawet przemycie skażonej powierzchni np. stężonym domestosem go nie zabija – w celu jego usuwania w lecznicach czy schroniskach są (a przynajmniej powinny być) stosowane specjalistyczne środki odkażające.

 

Budowanie odporności

Po traumatycznych doświadczeniach z Mokate i z wiedzą, którą po jej śmierci zaczęłam zdobywać czytając całymi dniami i po nocach ile tylko się da o kotach (nie tylko polskojęzyczne strony), następną lecznicę wybrałam dużo bardziej przemyślanie. Wybór padł na lek. wet. Katarzynę Wojtyczkę (lecznica z Katowic), która ma specjalizację „koty i psy”, a do tego jest świetnym analitykiem laboratoryjnym i ciągle się szkoli.

Pierwsza wizyta z Magnolią: podeszłam jak pies do jeża pamiętając, jak było z Mokate. Mnóstwo pytań do lekarza – prawie jak na egzaminie. Byłam pozytywnie zaskoczona. Oczywiście na początek przejrzała dokumentację, którą dostałam ze schroniska i DT (dom tymczasowy), po czym stwierdziła, że nawet jeśli Magnolia rzeczywiście ma grzybicę (tu oczywiście od razu pobrana próbka do badań, bo w ciemno kota nie będziemy truć), to od podawania leków ją zwalczających ważniejsze jest i tak budowanie odporności, bo zarodniki grzybów na futrze ma jakieś 90% kotów, ale nie mają objawów, bo mają dobrą odporność, a do tego kot z dobrą odpornością potrafi wiele sam zwalczyć, a ze słabą odpornością będzie ciężko przechodzić każdą chorobę (tak mają np. koty z FIV czy FeLV).

Dodatkowo stwierdziła koci katar – herpes widoczny na pierwszy rzut oka, ale że wydzielina surowicza (przezroczysta, typowa dla wirusa) i zaordynowała tylko „coś z beta glukanem na odporność, a jak nie pomoże, to Zylexis i proszę kota obserwować, czy wydzielina nie zaczyna się robić ropna, bo wtedy trzeba będzie włączyć antybiotyk”. Nie dała antybiotyku „osłonowo” / „profilaktycznie, bo antybiotyk to lek stosowany do walki z bakteriami – ma wiele skutków ubocznych i mocno obciąża organizm (szczególnie wątrobę, nerki i jelita), ale czasami podanie go jest konieczne, bo skutki uboczne są mniejszym złem niż niekontrolowana infekcja bakteryjna. To „coś na odporność” z beta glukanem (u ludzi też się stosuje preparaty z nim, tylko inne) wymieniła pod kilkoma nazwami, bo niestety nie jest tak, że jeden jest bardziej skuteczny niż inny – to nie antybiotyk/steryd/lek przeciwzapalny/lek przeciwbólowy, gdzie dawkowanie jest ściśle określone na kg masy ciała. Wśród preparatów wymieniła m.in. immunactive balance, immunodol, scanomune – każdy z nich ma inną dawkę beta glukanu. Ja wybrałam akurat immunactive balance – po miesiącu nie było śladu po siarczystym kichaniu czy zapłakanych kocich oczach  – tylko tyle plus dobre jedzenie i ciepło domowe pomogły kotu zwalczyć atak choroby (na jakiś czas – to wirus, który nigdy całkowicie nie da o sobie zapomnieć).

Czy można ciągle i zawsze podawać kotu takie preparaty? Tutaj zaleciłabym rozwagę (podobnie jak przy podawaniu preparatów witaminowych), bo zbyt częste podawanie nie ma sensu – kuracja jesienią i wiosną, a także przed planowanym szczepieniem jest niezłym pomysłem (aczkolwiek i tak zachęcam do wcześniejszej konsultacji z lekarzem weterynarii – tylko dobrze wybranym, żeby nie skończyło się jak z mojąMokate).

Co jeszcze dobrze wpływa na wzmocnienie kociego organizmu? Przede wszystkim odpowiednia dieta – dobrze odżywiony kot to silny kot. Jak bardzo dieta wpływa na koci organizm, przeczytasz między innymi w tym wpisie. Kolejna rzecz to probiotyki (to też jedno z zaleceń lek.wet., żeby wzmocnić kota) – mój ulubiony to BiogenKT, ale inne, które są dość ciekawe to np. FortiFlora Feline czy Fermactive (Enteroferment). Zawarte w probiotykach bakterie jelitowe wspomagają pracę kociego organizmu pomagając w usuwaniu toksyn (często jednorazowe nawet podanie probiotyku pomaga opanować biegunkę o podłożu bakteryjnym) oraz poprawiając wchłanianie składników pokarmowych w jelitach – dlatego dobrze je stosować zarówno po odrobaczaniu, jak i przed szczepieniem; siłę oczyszczania organizmu szczególnie widać po probiotyku o nazwie Azodyl stosowanym do wspomagania usuwania metabolitów z organizmów kotów z niewydolnością nerek (w Polsce generalnie jest trudno dostępny, ale wg posiadanych przeze mnie informacji, czasami można go nabyć u lek.wet. Agnieszki Neska-Suszyńskiej, która jest znanym specjalistą w zakresie chorób kocich nerek).

Jak działają probiotyki? Tutaj cytat ze strony producenta Biogenu:

Brobnoustroje tworzące probiotyk w preparatach serii Biogen są naturalnymi przedstawicielami mikroflory przewodu pokarmowego zwierząt i tworzą wzajemnie symbiotyczny układ. Ich korzystne działanie polega na obniżeniu pH treści jelit dzięki produkcji metabolitów kwaśnych, do których należą biologicznie najwartościowszy prawoskrętny kwas mlekowy, kwas octowy, propionowy także w niewielkich ilościach kwas mrówkowy.

Niskie pH jelita grubego utrudnia rozwój enterobakterii, przetrwalnikujących bakterii beztlenowych oraz innych chorobotwórczych mikroorganizmów. Mieszanki paszowe uzupełniające zawierające kompozyt bakteryjny przywracają i utrwalają korzystny dla organizmu zwierząt układ różnych grup fizjologicznych bakterii. Zastosowanie biopreparatów łagodzi stresy, pobudza perystaltykę jelit, polepsza resorpcję tłuszczów, wapnia, fosforanów i soli żelaza, aktywizuje metabolizm aminokwasów i wydalanie toksycznych związków oraz dostarcza organizmowi witamin z grupy B i K oraz prekursorów witaminy A i D.

[…]

Bakterie te produkują ponadto nadtlenek wodoru, nizynę i acidofilinę, które hamują rozwój chorobotwórczych bakterii i niektórych wirusów oraz substancje antyenterotoksyczne przeciwko aminom heterocyklicznym chorobotwórczych szczepów Escherichia coli i niektórym mykotoksynom. W konsekwencji w sposób bardzo istotny ograniczają choroby biegunkowe zwierząt oraz schorzenia wynikające z zatruć zwierząt paszami zawierającymi nadmierną ilość grzybów chorobotwórczych. Bakterie kompozytu (probiotyku) charakteryzują się także wysokim potencjałem do multiplikacji oraz swoistym tropizmem do zasiedlania nabłonków określonych odcinków przewodu pokarmowego, kolonizując go szybciej niż czynią to inne drobnoustroje chorobotwórcze. W wyniku tego tworzy się naturalna, ochronna bariera biologiczna u zwierząt hamująca rozwój schorzeń powodowanych przez patogenne szczepy Escherichi coli, Salmonella***, Mycobacterium, Shigella, Bacteroides, Proteus, Streptococcus, Clostridium, Pseudomonas, Vibrio, a także Rotawirusa i niektórych innych wirusów patogennych.

 

Kiedy jeszcze należy stosować probiotyki? W trakcie i po kuracji antybiotykowej. Dlaczego? Antybiotyki wybijają nie tylko „złe” bakterie, ale i te pożyteczne, przy czym po zakończeniu antybiotykoterapii bakterie szkodliwe bytujące w jelitach namnażają się zwykle szybciej niż pożyteczne – efektem tego może być rzekomobłoniaste zapalenie jelit wywoływane przez jedną z bakterii (w niektórych ulotkach antybiotyków się o tym wspomina), a objawiające się np. uporczywymi nawracającymi biegunkami. Leczenie tego jest długotrwałe i niejednokrotnie nieskuteczne, gdy lekarz zaordynuje tylko np. metronidazol (wybija wszystko – także bakterię odpowiedzialną za ten stan zapalny) bez nakazu podawania probiotyku, gdyż po jego odstawieniu znowu szkodliwe bakterie namnażają się, a pożytecznych brak (bo i skąd?). Dlatego nawet jeśli Wasz weterynarz nie pamięta o probiotykach podczas antybiotykoterapii, pamiętajcie Wy.

 

W ramach podsumowania zagadnienia odporności organizmu zapraszam do lektury artykułu pt. Homeopatia dla psa i kota – trudna kwestia odporności – krótki cytat:

Przyzwyczajono nas do myślenia, że odporność bierze się ze szczepień, a przecież szczepienia to tylko dodatek, i to nie zawsze pożądany. Podstawą odporności jest u zwierzęcia, dokładnie tak samo jak u ludzi, zbilansowana dieta, właściwy tryb życia z odpowiednią ilością ruchu i wolność od długotrwałego stresu. Tego nie zastąpią ani szczepienia, ani najdroższe nawet preparaty stymulujące układ odpornościowy.

 

Niestety biznes farmaceutyczny (czy to dla ludzi, czy dla zwierząt) rządzi się swoimi prawami – opłacalne jest długotrwałe leczenie a nie skuteczne wyleczenie- co nieco o tym, jak to wszystko działa, można przeczytać w materiale Koncerny farmaceutyczne – misja czy interes?

 

*** salmonella stanowi naturalny element flory jelitowej kotów i nie wywołuje stanu chorobowego do czasu, gdy ilość tych bakterii nie jest nienaturalnie duża (np. w efekcie spożycia nieświeżego pokarmu lub skażonego, bo i takie „wpadki” producentom karm się zdarzały)

/GP