Blisko czy daleko, czyli jak wybrać weterynarza

NefreteteWbrew pozorom odpowiedź nie jest wcale oczywista i prosta. Dzisiaj podzielę się z Wami swoimi doświadczeniami w tym zakresie, których zdobycie kosztowało niejedno kocie cierpienie. Tak, kiedyś myślałam, że lekarz z dyplomem to lekarz i ważne, żeby był blisko. Jakże boleśnie życie mi pokazało, że wcale tak to nie działa i że czasami chcąc kotu zaoszczędzić stresu jeżdżenia dalej można przedwcześnie posłać go za Tęczowy Most; nawet teraz bardzo niewiele brakowało, żeby moja ostatnio przygarnięta kotka tam poszła z powodu braku właściwej diagnozy. Dlatego czasami nawet warto jechać dalej i zastosować np. obróżkę feromonową na czas podróży niż iść byle gdzie – byle blisko.

Na początek informacja dla tych mniej doświadczonych w bieganiu po lekarzach z kotem: lekarz weterynarii to jak „ludzki” lekarz ogólny po studiach z tym, że zna się na wszystkich gatunkach zwierząt po trochę a nie na jednym człowieku. Dopiero gdy zrobi specjalizację z chorób psów i kotów, staje się specjalistą od naszych mruczków. Ale oprócz wiedzy, która jest ważna, nie mniej ważna jest pasja i miłość do kotów połączona ze zrozumieniem ich natury. O czym mówię? O tym, że dobry lekarz umie indywidualnie podejść do każdego kota – do jego problemów zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Przykład: dawno temu, gdy w jednej z lecznic próbowano mojej Magnolci pobrać krew, 4 osoby starały się ją okiełznać z marnym skutkiem – moja Pani doktor ją pogłaskała, pogadała do niej i bez przemocy spokojnie pobrała krew na wszystkie potrzebne badania.

Czym się kierować przy wyborze lekarza i lecznicy? Przede wszystkim fachowością. Wiem, że podróże są dla kotów stresujące a dla nas problematyczne i kosztowne, ale lepiej chyba rzadziej jechać z kotem dalej i mieć dobrze postawioną diagnozę oraz wdrożone właściwe leczenie niż co chwila biegać dwie ulice dalej z marnym efektem. Tak samo jak lepiej być kierowanym przez swojego lekarza prowadzącego do dobrych specjalistów w innych przychodniach niż niby mieć na miejscu w jednej przychodni lekarzy wszystkich specjalności, ale bardzo przeciętnych – bo przecież nie chodzi o to, żeby wydać kasę i żeby się nazywało, że coś robimy, ale żeby faktycznie właściwie kota zdiagnozować i jak najszybciej wdrożyć odpowiednie leczenie. Dlatego nieraz warto mieć lekarza prowadzącego w małym gabinecie, który odsyła do specjalistów a nie płacić krocie w wielkich klinikach z super wizerunkiem i wysokimi cenami, gdzie specjaliści są bardzo tacy sobie (nie oszukujmy się: fachowców w tej branży – jak w każdej innej – jest mało i nie mogą być w każdej klinice). Warto też pamiętać, że fachowość nie zawsze idzie w parze z cennikiem: nieraz dobry fachowiec ma znacznie niższe ceny niż ktoś, kto ma dobry tylko marketing. Owszem, są kliniki z super fachowcami, ale sama wielkość przychodni i zatrudnianie specjalistów z każdej dziedziny nie gwarantuje, że to są naprawdę dobrzy specjaliści. Zobaczcie zresztą na branże, a których pracujecie: ile osób ma dany zawód i ewentualnie uprawnienia, a ile z nich jest naprawdę dobrych w tym co robi? Przy czym w wielu branżach da się jeszcze coś poprawić – tutaj często już nie.

Po czym poznać dobrego lekarza? Przede wszystkim po tym, że ma dobre podejście do zwierzaka i skupia się przede wszystkim na nim a nie na robieniu dobrego wrażenia na opiekunie; że najpierw stawia diagnozę i ewentualnie potwierdza ją badaniami a później dobiera leki. Bo niestety nadal często się zdarza, że słyszę o lekarzach, którzy najpierw dają leki „bo może pomogą” a później próbują diagnozować dochodząc nieraz do bardzo błędnych wniosków, gdyż wyniki badań są zniekształcone podanymi lekami. Poza tym dobry lekarz stara się ustalić pierwotną przyczynę i leczyć ją w miarę możliwości a nie tylko łagodzi objawy, np. jeśli mamy do czynienia z PNN (przewlekła niewydolność nerek) to konieczne jest upewnienie się, że nie ma pierwotnej przyczyny tego w postaci przewlekłego zapalenia trzustki (tak przez rok umierał kot koleżanki – gdy w końcu inny lekarz postawił poprawną diagnozę, nie było już żadnej innej możliwości pomocy kici jak tylko eutanazja, żeby nie dusiła się godzinami); jeśli kot ma nadciśnienie i niewydolność nerek, to należy sprawdzić, czy pierwotną przyczyną nie jest np. nadczynność tarczycy. Jeśli np. jest zapalenie trzustki to sprawdza czy jego przyczyną nie jest np. zapalenie jelit na tle alergicznym lub zatkanie przewodów żółciowych. Itd. Organizm to system naczyń połączonych – awaria jakiegokolwiek narządu może pociągnąć za sobą błędne działanie innych. Już nie mówię nawet o lekarzach, u których co chwila diagnoza to FIP (który tak naprawdę jest stosunkowo rzadko) lub wszystko jest idiopatyczne (oznacza to niby „o nieznanym podłożu” a często jest to efekt „nie mam pomysłu, dlaczego”; jakaś przyczyna jest zawsze – nie zawsze można ją ustalić, ale należy dołożyć wszelkich starań, aby się upewnić, że na 100% nie jesteśmy w stanie jej znaleźć). I tu dochodzimy do ważnej cechy lekarza pt. dociekliwość. Dobry lekarz drąży temat na ile tylko się da (czyt. na ile czas i umiejętności mu pozwolą) a nie rzuca coś na odczepnego i zadowala się chwilowym efektem sterydu: tak, bo steryd potrafi zdziałać istne cuda – problem w tym, że zwykle na chwilę kosztem ogromnego obciążenia organizmu (owszem, sterydy czasami ratują życie, ale niestety często są nadużywane dla uzyskania szybkiego efektu bez wysiłku) i ogromny utrudnieniem późniejszej diagnostyki (podobnie jest z antybiotykami dawanymi „w ciemno”). Ponadto dobry lekarz ciągle poszerza swoją wiedzę i konsultuje ją z innymi, a szczególnie z autorytetami w danej dziedzinie (nieraz słyszałam od moich lekarzy „myślę, że odpowiednie będzie tu leczenie…, ale jeszcze skonsultuję to z dr …” – a że moje koty lubią być bardzo ciekawymi przypadkami, to naprawdę lekarze mają nieraz twardy orzech do zgryzienia, bo typowe leczenie nie wchodzi w grę). Poza tym dobry lekarz umie i chce odpowiedzieć na pytania opiekuna odnośnie choroby czy leczenia oraz nie obraża się, jeśli opiekun wyraża wątpliwości i prosi o wytłumaczenie „dlaczego tak” oraz nie traktuje karm weterynaryjnych jako jedyne słuszne rozwiązanie wszystkich możliwych problemów. Traktuje opiekuna jak partnera przy leczeniu kota a nie głupka, który i tak nic nie zrozumie, więc szkoda mu tłumaczyć cokolwiek.

Dlatego bądźcie czujni przy wyborze lekarza, bo błędny jego wybór może kosztować życie a co najmniej zdrowie Waszego zwierzaka. Bezmyślne realizowanie procedur to tzw. dupochron dla lekarza – dobry lekarz nieraz wychodzi poza procedury ryzykując problemy dla siebie, ale ratując w ten sposób życie zwierzęcia. I jeszcze coś: doceńcie rolę zdrowych jelit i zębów u kotów – z tego, co słyszę, to tematy bardzo zaniedbywane, które potrafią zrujnować cały organizm; bez sprawnej pracy jelit nie ma dobrego wchłaniania: wtedy mało istotne jest co kot zje i jakie leki dostanie, bo i tak to przez niego przeleci i stan zwierzaka będzie się tylko pogarszał, a z czasem biegunki i wymioty go wykończą. Warto też pamiętać, że zęby najlepiej leczyć u kociego stomatologa, który dysponuje RTG stomatologicznym – bez tego może się okazać, że kot ma pozostałości korzeni po wybitych zębach (potrafi to doprowadzić nawet do śmiertelnych powikłań) lub cierpi z powodu bardzo bolesnych resorpcji 2-3 lata dłużej, zanim są widoczne gołym okiem. Niestety koty bardzo dobrze maskują ból i czasami jak już widać, że kota boli, to niewiele można zrobić.

Na koniec ogromne podziękowania dla lekarzy, dzięki którym moje koty są jeszcze tutaj a nie za Tęczowym Mostem, gdzie kilka razy już chciały skutecznie uciekać i dzięki zaangażowaniu których cieszą się dobrym samopoczuciem – są wesołe, mają dobry apetyt i inne oznaki dobrego zdrowia, choć były pierwotnie bardzo zaniedbanymi kupkami nieszczęścia z mnóstwem chorób, a jednocześnie ci lekarze mają ceny „dla ludzi”, bo zawód wybrali przede wszystkim z chęci pomagania  zwierzakom:

  • lek. wet. Katarzyna Wojtyczka (Gabinet Weterynaryjny Bonifacy i Pankracy – Katowice) – lekarz prowadzący moich kotów: chodzące połączenie pasji z ogromną wiedzą; po wstępnej diagnozie jeśli jest taka potrzeba, odsyła mnie do bardzo dobrych specjalistów, którzy szybko i bezbłędnie diagnozują moje koty i która walczy o kota dopóki to jest dobre dla kota – nie próbuje być mistrzem od wszystkiego; co ważne –  z byle powodu nie doradza eutanazji, ale też bez ogródek umie powiedzieć, kiedy dalsze trzymanie kota przy życiu to cierpienie dla kota bez widoków na poprawę i zwykły egoizm opiekuna i ma gdzieś czy przez to straci klienta: najważniejsze dla niej jest dobro zwierzaka;
  • lek. wet. Ewa Chronowska (Specjalistyczna Stomatologiczna Przychodnia Weterynaryjna RADEMENES – Bielsko-Biała) – stomatolog, która ostatnio musiała u Nefi (zaawansowane HCM i ledwo ustabilizowane) wyrywać wszystkie zęby poza kłami i tymi wybitymi, po których „tylko” korzenie usuwała – nie boi się trudnych przypadków i rozumie jak ważne jest, aby kot przede wszystkim nie cierpiał (a koty cierpienie świetnie ukrywają);
  • lek. wet. Anna Olejniczak-Pytel (Weterynaryjny Gabinet Kardiologiczny WETKARDIO – Zabrze) – kardiolog (opiekuje się Nefi): wielu zaprzyjaźnionych kociarzy też zawdzięcza jej ogromnej wiedzy i doświadczeniu życie swoich kotów;
  • lek. wet. Magdalena Dziubdziela-Lipiec (Przychodnia Weterynaryjna PRZYSTAŃ – Sosnowiec) – niezastąpiona Pani doktor od cytologii, która nawet w maleńkiej zmianie na uchu u Malutkiej umiała znaleźć komórki mastocytomy (u Susu też niestety znalazła, ale u niej dzięki jej „magicznym miksturom” udało się ją skutecznie stłamsić – wybrano takie leczenie z racji specyficznej lokalizacji);
  • lek. wet. Natalia Kwiatkowska (Primum Vet – Kraków) – okulista, którego mogę z czystym sercem polecić.

/GP-K